30 października 2019

RECENZJA: W kajdankach miłości (Życiowi bohaterowie) - K. Bromberg


Nie liczy się jej przeszłość. Ważne jest tylko prawdziwe uczucie!

Książka rozpoczyna serię Życiowi bohaterowie, kolejną trylogię pióra K. Bromberg. Tytułowi bohaterowie to trzej przystojni bracia Malone. Jeden z nich, Grant, od najwcześniejszych lat przyjaźnił się z rezolutną i śliczną Emmerson Reeves. To właśnie Emmy była jego najlepszą przyjaciółką, z którą spędzał każdą wolną chwilę. I nagle wszystko się skończyło. Niespodziewany dramat, złamana obietnica i krótkie pożegnanie. Dziecięca radość i wspólne zabawy odeszły w przeszłość. Dziewczyna zniknęła z życia Granta na dwadzieścia długich lat. Nie zdołała jednak opuścić jego serca. 


Kiedy spotkali się ponownie, byli zupełnie innymi ludźmi. Ona wyrosła się piękną kobietę, pełną życia, zuchwałą i odważną. On natomiast przeobraził się w atrakcyjnego mężczyznę noszącego policyjny mundur. Taki facet mógł spełnić każde kobiece marzenie o prawdziwym bohaterze. Grant szybko zdał sobie sprawę, że kocha tę dziewczynę i jest w stanie zrobić wszystko, by odzyskać jej przyjaźń i zdobyć serce. Emmy jednak dalej nie chce go znać, choć dawny towarzysz dziecięcych zabaw ogromnie jej się podoba i rozpala w niej prawdziwy ogień. Spędzają razem jedną noc, po której Grant ma na zawsze zniknąć z Reeves...

Czy zakochany bohater zdoła wygrać z demonami przeszłości i odzyskać uczucia Emmy? Oto ekscytująca i emocjonalna historia! Przekonasz się, jak szybko może runąć uporządkowane i poukładane życie, gdy wtargnie w nie prawdziwe uczucie, jak trudno naprawić błędy popełnione wiele lat temu i jak wielką, cudowną moc posiada miłość, przyjaźń oraz troska o ukochaną osobę. Nie oderwiesz się od tego poruszającego romansu aż do ostatniej strony!



Na wstępie chciałabym napisać kilka słów o oprawie graficznej tej książki. Według mnie jest ona dość kiczowata i w ogóle mi się nie podoba. To mieszanie czcionek i napis znajdujący się w nawiasie, informujący o przynależności książki do serii "Życiowi bohaterowie"... Swoją drogą, "Życiowi bohaterowie"? Serio? Nie można było wymyślić czegoś mniej tandetnego?  Druga sprawa, opis książki zajmujący całą tylną część okładki.. Na grzbiecie znów to mieszanie czcionek, nawiasy... Według mnie za dużo, za chaotycznie, niepotrzebnie. Zazwyczaj nie skupiam się na tego typu rzeczach, ale to tutaj, strasznie gryzie mnie w oczy.. 

Natomiast jeśli chodzi o fabułę... Gdy zaczęłam czytać tę książkę, to po kilkunastu stronach stwierdziłam o! to coś dla mnie! będzie super! Wiecie, czasami tak po prostu jest, to się czuje od pierwszych stron. Niestety, bywa też tak, że nasze super przeczucie nas zawodzi... 

Książka z początku naprawdę mnie wciągnęła, polubiłam Granta i to w jaki sposób autorka posługuje się językiem. Przez pierwsze kilkadziesiąt stron niemalże przefrunęłam. Niestety później, z każdą kolejną stroną tempo zwalniało i skończyło się na tym, że ostatecznie książkę męczyłam chyba z miesiąc, jeśli nie dłużej. 

To co najbardziej mi nie pasowało i wydało mi się bardzo naciągane, to relacja Granta z Emmy i sposób w jaki została ona przedstawiona. 

Z opisu książki dowiadujemy się, że owa para w dzieciństwie była ze sobą bardzo zżyta, ale jakaś straszna tragedia zakończyła ich znajomość. W książce dowiadujemy, że Grant i Emmy mieli wtedy po 6 lat, dowiadujemy się również co to była za tragedia, i że to przez Granta ich dziecięca przyjaźń się skończyła, bo zdradził dorosłym tajemnicę, którą wyjawiła mu przyjaciółka. Emmy wraz z rodziną wyprowadziła się z miasta i słuch o niej zaginął na 20 długich lat. Po tym czasie wraca, spotyka swojego dawnego przyjaciela i... no właśnie. Tu zaczyna się cały absurd tej książki. 

Emma ma do niego żal, o to co wydarzyło się lata temu. W jej mniemaniu wyrządził jej ogromną krzywdę i sprawił, że do tej pory boi się komukolwiek zaufać, a w szczególności jemu. Nie chce z nim rozmawiać, unika go. Mimo to coś do niego czuje. Poważnie? Ja nawet nie pamiętam jak wyglądał mój przyjaciel z dzieciństwa, a oni pamiętają każdy szczegół,  spotykają się po 20 latach i twierdzą, że przez cały ten czas o sobie nawzajem myśleli i są w sobie na zabój zakochani. Rozumiecie, zakochali się w wieku 6 lat i tak ta miłość w nich kiełkowała przez kolejne lata... No według mnie totalny absurd, czytałam i nie wierzyłam, że  to się dzieje naprawdę.


Według mnie autorka źle dobrała wiek bohaterów do stworzonej przez siebie historii. Albo po prostu źle tę historię stworzyła. Nieważne, czy zmieniła by trochę wiek dzieci, czy poprowadziła by akcję inaczej, książka na pewno by w moim odczuciu zyskała. A tak? Dla mnie totalnie absurdalna i nierzeczywista historia, w dodatku z niezbyt smacznym dodatkiem erotyki. Nie wiem jak Was ale mnie teksty typu: 

"Stoimy w ciemności i z dłonią na jego maczudze kończę przedstawiać mu litanię zasad."

 " (...) Nie, nie lubię. Lubię tylko twojego kutasa."

"Choć więc penis pragnie wsunąć się w jej ciepłą i wilgotną szparkę, bokserki zostają na swoim miejscu. No jasne, kuśkę rozsadza mi pragnienie wbicia się w nią, jądra palą żywym ogniem, ale wiem, że tu chodzi o mnie. Będę przeklinał swoją głupotę później, gdy wezmę wazelinę i sam sobie ulżę, ale tak właśnie teraz muszę postąpić. Czując na języku jej jakże uzależniający smak, składam pocałunki na wewnętrznej stronie jej ud, po czym zaczynam zataczać językiem koła wokół jej pępka. Wracam, centymetr po centymetrze wspinając się w górę. Za każdym razem, gdy członek ociera się o materac lub jej nogę, mam ochotę spuścić się jak szesnastolatek."

"Będę cię pieprzył. Dokładnie. Metodycznie. I miejmy nadzieję, że uda się robić to powoli..." totalnie nie jarają. Wręcz przeciwnie, odrzucają i wzbudzają zażenowanie. Bardzo lubię erotykę w książkach, ale tylko wtedy, gdy jest ona opisana ze smakiem. Naprawdę uważam, że o uprawianiu seksu można mówić ładniej niż "pieprzenie". Są autorzy, którzy te sceny opisują tak pięknie, z taką starannością, że niemal czujesz opisywane pieszczoty na swoim ciele. Tutaj niestety jedyne co czułam to zażenowanie.

Książka była podzielona na rozdziały, na przemian była opisywana perspektywa Granta i Emmerson. Granta  mimo wszystko bardzo polubiłam, wydał mi się on naprawdę sympatycznym i wartościowym bohaterem, dlatego jego perspektywę było mi nieco łatwiej zrozumieć i przez nią przebrnąć. Natomiast Emmy zachowywała się naprawdę żałośnie, była strasznie denerwująca i jej rozdziały czytało się naprawdę dużo gorzej. 

Naprawdę nie wiem skąd tyle pozytywnych ocen tej książki, skąd tyle zachwytów, bo według mnie była to naprawdę słaba pozycja. Niestety. 

Także ja ostatecznie jestem na nie. Choć z początku książka mi się naprawdę podobała, to wydarzenia, które miały miejsce potem totalnie mi ją zepsuły. Kolejne części trylogii posiadam, więc pewnie w końcu je przeczytam, ale szczerze mówiąc fajerwerków się nie spodziewam. Zastanawiam się, czy w ogóle jest sens je czytać... Może ktoś z Was jest po lekturze wszystkich części i jest w stanie się na ten temat wypowiedzieć? 

1 komentarz:

  1. Recenzja w zupełności mi wystarczy. Taka książka zupełnie nie dla mnie. Szkoda czasu, by jej szukać i czytać... No i nie znoszę wulgaryzmów.

    OdpowiedzUsuń